Biały Dom w stanie Virginia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Biały Dom w stanie Virginia

Pisanie by Alabama on Sob Maj 09, 2015 1:03 pm



Biały Dom, ten „drugi” Biały Dom, gmach konkurencyjny dla niegdyś skomercjalizowanego Waszyngtonu, prezentował się całkiem nieźle. Okazały budynek otaczał, ongiś przyciągający wzrok swą urodą, obecnie raczej zaniedbany, zachwaszczony pas zieleni z powtykanymi gdzieniegdzie usychającymi krzewami, konającymi drzewami oraz szczątkami kwiecistych klombów. Naprzeciw wysokiej kolumny stopni wiodących ku drzwiom wejściowym, gięła się w ukłonie mała, poczerniała fontanna – jeszcze tryskająca wodą, jeszcze żywa, z bijącym sercem pompy napędzającej obieg szklanej cieczy wewnątrz prostej sieci kanałów.
Ledwie stopa Richarda spoczęła na szerokiej, usypanej żwirem ścieżynie, umysł jej właściciela rozprażyła fala gorących, rozedrganych wspomnień. Młody Amerykanin przystanął, pomny na ich krótkich, ostry nakaz uczczenia minutą ciszy ukochanego, choć widzianego nie więcej niż pięć, sześć razy w życiu prezydenta Daviesa oraz jego, nieco mniej lubianego, zastępcy.
Co takiego nakazało mu się zatrzymać, dlaczego nie potrafił, nie chciał iść dalej? Czy to tutaj podpisał akt kapitulacji i rozwiązania Skonfederowanych Stanów Ameryki – dwa dokumenty, które, jeden po drugim, odcinały nici wiążące go z życiem?
Nie, to niemożliwe, przecież śmierć odnalazła go w domu powracającego do zdrowia ojca. Marnotrawny syn zdążył przeprosić go nawet za sprawiony mu ból, ten jeden, jedyny raz wypowiedzieć czułe, dziecięce słowa: kocham cię, tatusiu.
Krwista czerwień wystąpiła mu na policzki. Dlaczego, u diabła, ukrywał miłość żywioną do własnego ojca, po jakie licho oszukiwał samego siebie? Czy chciał być wolny od ciepłych uczuć, potencjalnego szantażu, stać się doskonale wyćwiczonym narzędziem przeznaczonym jedynie do...
...ochrony Alfreda.
To głupie, idiotyczny paradoks!
Ślubował go bronić, przysięgał dołożyć wszelkich starań, by zapewnić rosnącemu w siłę państwu, zjednoczonemu państwu stuprocentowe bezpieczeństwo. Przysięgał stać się jego tarczą, mieczem, cieniem i reprezentantem. I zawiódł, pozwalając Niemcom rzucić go na kolana, zaprząc do pługa Trzeciej Rzeszy, uczynić zeń terytorium, jak dotąd, niepokonanego wroga. I zawiódł, odczuwając swego rodzaju satysfakcję, która przyspieszała tętno, poganiała tłumy erytrocytów do szaleńczego maratonu podczas obserwowania upokorzenia spadającego na karb Ameryki. Choć sobie to wyrzucał, nie mógł zaprzeczyć, że widok porażki Stanów Zjednoczonych bawił go niesamowicie.
Widzisz, jak to boli, tatku?
Przegnał tę myśl.
Słaby punkt, Alabamo, oni to wykorzystają, żeby was rozbić. Nikt nie może się o tym dowiedzieć! Infantylne podejście, cholernie infantylne. Richard miał pełną świadomość, że pod tym właśnie względem przypomina małe, rozpieszczone dziecko pilnie wpatrzone w niegdyś odebraną mu przez Freddy'ego zabawkę, a teraz złożoną na ręce obcego mocarstwa. Jej brak z pewnością niesamowicie doskwierał ojcu.
Ja nie jestem wolny, to i ty nie musisz.
Z drugiej strony, specjalnej krzywdy mu taką postawą nie wyrządzał, bowiem, na przekór jej, wciąż główkował nad ucieczką z niezwykle opiekuńczych ramion Berlina. Opiekuńcze ramiona, jak dotąd, delikatnie kołysały go, próbując uśpić, osłabić czujność, poskromić niezależność, ale Richard zdawał sobie sprawę z tego, że kwestią czasu jest ukazanie przez nie ostrych jak brzytwa, orlich szponów, gotowych by wbić się w jego duszę i rozerwać ją na strzępy.
Mocno zacisnął palce na smyczy Susany. Oferta współpracy wciąż spędzała mu sen z powiek, nie pozwalając odetchnąć od widoku kilku durnych, czarnych kleksów atramentu, które jakimś cudem składały się w słowa, spójne zdania, logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Musiałby należeć do osławionego w czterech stronach świata grona kretynów, gdyby nie skorzystał z tak wyśmienitej okazji do zinfiltrowania systemu kierującego Rzeszą. Z identycznym prawdopodobieństwem zakwalifikowałby się do tej licznej grupy, gdyby sądził, że łatwo przyjdzie mu zgubienie przyszpilonych ogonów i szpiegowanie największych szych globalnego mocarstwa.
I jakże tu rozpatrywać tę kuszącą propozycję? Zgoda będzie równoznaczna z przyczepieniem mu do ciała setek mikrourządzeń podsłuchujących przy równoczesnym zyskaniu bonusu w postaci – o, ironio! - nieodłącznego towarzystwa dwóch smutnych panów w garniturach. Jawna odmowa natomiast zaprowadzi go do obozu koncentracyjnego i skaże na, pal licho więzienie, roboty, o których nie ma ani bladego, ani zielonego, ani sinokoperkoworóżowego pojęcia. I jak tu chronić Amerykę, skoro musi wpierw zabezpieczyć własny los?
- Susana - szepnął do stojącej obok psiny. - Powiedz, i co ja mam na to wszystko poradzić?
Ukucnąwszy, pogładził ciepłą sierść swej towarzyszki i natychmiast odczuł, że rozgrzewający strumień ulgi rozluźnia jego mięśnie, odpręża przeciążony mózg, uspokaja. Tu będą mnie szukać, zapewniał samego siebie, niechaj więc czują się zaproszeni.
- Masz rację, moja mała - dodał z namysłem. - Chyba po prostu nie ma innego wyjścia.
Szybkim krokiem przemierzył odległość dzielącą go od sypialnego skrzydła prezydenckiej rezydencji.
avatar
Alabama

Male Liczba postów : 44
Join date : 23/03/2015
Skąd : Montgomery

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach